Wszystkie historie są inne, każda jest przygnębiająco podobna – Wyprawa Orlej Straży do Iraku

Wszystkie historie są inne, każda jest przygnębiająco podobna – Wyprawa Orlej Straży do Iraku

Każdy wyjazd do Iraku jest dla mnie nowym doświadczeniem. Po każdym powrocie milion myśli przebiega mi przez głowę. Może dlatego, że co raz lepiej rozumiem sytuację ludzi, których wspieramy i co raz silniej angażuję się w pomoc dla nich. Głównym celem ostatniego wyjazdu było zebranie materiałów do książki, opowiadającej o losach tych, którzy przetrwali krwawy najazd terrorystów. Moją rolą była pomoc w dotarciu do nich i wysłuchaniu ich dramatycznych historii. Jak żyją dzisiaj? Czy potrafią się odnaleźć? To chyba najtrudniejsze zadanie, jakie do tej pory miałem do wykonania w związku z pobytem w tym miejscu. Wraz ze mną do Iraku przyjechała Natalia i Tatiana. Owa książka, o której wspomniałem ukaże się za kilka miesięcy. Będzie ona literackim debiutem Natalii. Towarzysząca nam Tatiana, która jest fotografem dokumentowała wyjazd robiąc zdjęcia. Jej pracę możecie podziwiać, choćby w tym artykule.   Pobyt zaczęliśmy podobnie jak ostatnim razem – od odwiedzin w ośrodku edukacyjnym w Khanke. Od lipca trwa zbiórka na pomoc w jego utrzymaniu. Kto jeszcze nie wie o co chodzi lub chciałby wesprzeć naszą akcję, zachęcam do zapoznania się ze szczegółami w poniższym linku. Zbiórka na ośrodek edukacyjny dla wdów i sierot w Khanke Przekazałem na ręce dyrektora placówki część zebranej kwoty – nasz udział w dalszym jej funkcjonowaniu – i zrobiłem mały rekonesans w potrzebach ośrodka. Te nie są duże i przekazywane przez nas, comiesięczne wsparcie, wystarcza na pokrycie obecnych wydatków. Dowiedziałem się nawet, że są plany, aby w niedalekiej przyszłości przyjąć większą liczbę uczniów. Wszystko dzięki temu, że zapewniamy ośrodkowi w Khanke stałe finansowanie. W obozie dla przesiedleńców w Khanke spotkaliśmy się z Shamo, który prowadzi sklep, otworzony dzięki...
Wakacyjne kursy i zajęcia dla dzieci

Wakacyjne kursy i zajęcia dla dzieci

Zajęcia dla dzieci, które zorganizowaliśmy w zeszłe oraz tegoroczne wakacje można nazwać półkoloniami, choć ich uczestnicy takiego terminu na pewno nie znają. Dzieci w Iraku nie miewają bowiem wakacji w naszym rozumieniu. Nie wyjeżdżają na zasłużony odpoczynek. Nikt nie dba o zorganizowanie im wolnego czasu. Przez ostatnie lata samo pójście do szkoły było dla nich marzeniem. Najazd terrorystów z tzw. Państwa Islamskiego doprowadził kraj do ruiny a jego echa rozbrzmiewać będą jeszcze przez dekady. Półtora roku temu na własne oczy widziałem, jak wyglądały szkoły po przejściu wojennej zawieruchy. (Raport z wizyty w kilku z nich znajduje się w poniższym linku) Wyprawa wolontariuszy Orlej Straży do Północnego Iraku Wsparliśmy, więc wyposażenie tych szkół w niezbędny sprzęt, taki jak: tablice lekcyjne, środki czystości, materiały biurowe, drukarki itp. W wakacje zorganizowaliśmy półkolonie. W programie były m.in. dodatkowe lekcje z chemii, matematyki, czy fizyki, wycieczka na basen i zajęcia sportowe. (Na końcu tego tekstu znajdziecie linki do artykułów na ten temat) W tym roku, przy współpracy z lokalną organizacją Gilgamesh Organization for Development and Relief udało nam się zorganizować zajęcia dla dzieci w wieku 4-12 lat. Przez dwa miesiące, pięć razy w tygodniu, w kościele św. Jerzego w Duhok, odbywały się warsztaty z teologii, wsparte nauką języka angielskiego. Większość z 70 dzieci, które brało udział w tych zajęciach pochodzi z przesiedlonych rodzin, czekających na powrót do rodzinnych miast w regionie Niniwy. Wykłady prowadziły dwie wolontariuszki – Jumana i  Merna. Jedna jest nauczycielką, a druga przyszłym prawnikiem. Przez całe dwa miesiące dbały o przekazanie najmłodszym zasad etyki i tłumaczyły, jak żyć zgodnie z naukami Biblii. Szczególnie dzieciom po tak traumatycznych przeżyciach, po tym co...
„Kiedy mężczyźni płaczą, wiem, że zmartwienia ich wyższe są, niż góry”

„Kiedy mężczyźni płaczą, wiem, że zmartwienia ich wyższe są, niż góry”

Zbrodnie i ludobójstwa dokonywane na jazydach przez wieki, nie odbijały się szerokim echem w świadomości „Świata Zachodniego”. Niewielu o nich usłyszało, mało kto wie, ile krwi spłynęło zboczami Góry Sindżar – domu tego zapomnianego ludu. Wielbiący pokój i szanujący obcych, jak siebie samych, Jazydzi przez stulecia umierali po cichu. Ich krzyk i rozpacz zdawały się przybierać niesłyszalną dla nas formę.  Nieliczni znają datę 3 Sierpnia 2014 – dzień kiedy zbrodniczy kalifat spadł, jak grom z jasnego nieba niszcząc i mordując wszystko to, co jazydzkie. Pozostawił tysiące zamordowanych, porwanych i zmuszonych do ucieczki. Najeźdźca nie miał litości dla nikogo, nie uszanował siwych włosów, ani łez spływających po policzkach.   3/8 – Ludobójstwo, o którym świat zapomniał Kolejne pokolenia jazydów będą mieć w pamięci żal i cierpienie. Swoim bólem chcą podzielić się ze światem. Mają nadzieję, że w końcu ich usłyszymy. Jak wielki smutek mają w sercu, możemy wyczytać w wymownych słowach, jakie młody, jazydzki mężczyzna przesłał do nas chcąc, choć w niewielkim stopniu pokazać nam skalę tragedii jego ludu. (Tekst publikujemy w oryginalnej wersji oraz w autorskim przekładzie)   When the soldiers of the Islamic Caliphate slaughtered him in cold blood and laughed, they did not know that he was the only one with his mother spending seven years pleading in the sky for his happiness He was spoiled like an angel, never knowing the tase of hunger or suffering from hot and cold days. His parents had a dream for him and watched him as a pigeon growing up before their eyes every day and living just for him and his happiness only. No, the Caliphate did not know...
Warto im pomagać – Podsumowanie wyjazdu do Iraku

Warto im pomagać – Podsumowanie wyjazdu do Iraku

Plan podróży zakładał cztery większe przystanki. W Khanke, w którym mieliśmy sprawdzić sytuację jazydzkich przesiedleńców, w Teleskuff – chrześcijańskim miasteczku przy granicy Iraku i Kurdystanu oraz Duhok i Erbilu. W dwóch ostatnich naszym głównym zadaniem było odbycie kilku spotkań z organizacjami, z którymi współpracujemy. Jak zwykle przy wyjazdach do Iraku plan był tylko ogólnym zarysem. Miałem świadomość, że na miejscu sytuacja wszystko zweryfikuje. Przeczucie mnie nie myliło. Pożar w Khanke zmusił nas do natychmiastowej reakcji i zmiany założeń podróży, ale po kolei… Gdy tylko dotarliśmy na lotnisko w Erbilu, na miejscu już czekali na nas Dakhil i Laith. Z uśmiechem na twarzy wyściskali nas jak najbliższych przyjaciół i mimo późnej pory za punkt honoru postawili sobie znaleźć miejsce, gdzie będziemy mogli coś zjeść po dosyć długiej podróży. Obaj współpracują z nami przy projektach w Khanke i muszę przyznać, są właściwymi ludźmi.   Po dotarciu na miejsce pozwoliliśmy sobie na dwugodzinną drzemkę i skoro świt ruszyliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy – ośrodka Ourbridge. Nie będę się rozpisywał na temat ośrodka. Część informacji możecie znaleźć w podanym linku (czytaj tutaj). Widok, jaki tam zastaliśmy naładował nasze baterie i pozwolił zapomnieć o zmęczeniu. Ponad 250 dzieci i wdów wyzwolonych z rąk ISIS, codziennie uczy się tutaj i miło spędza czas. Plan zajęć dla dzieciaków dzieli się na dwie części – poranną i popołudniową. Są zajęcia plastyczne, lekcje matematyki, biologii i języka angielskiego. Kobiety uczą się szycia i tworzą drobne rękodzieła. Wypytaliśmy nauczycieli i wychowawców o pracę oraz potrzeby ośrodka i bez wątpliwości, chórem stwierdziliśmy, że to miejsce jest doskonałym przykładem pomocy ofiarom terrorystów. Wojtek – nasz operator – biegał z kamerą,...
Wizyta w Teleskuff i niespodziewany powrót do Khanke

Wizyta w Teleskuff i niespodziewany powrót do Khanke

Po opuszczeniu Khanke pojechaliśmy do chrześcijańskiej miejscowości Teleskuff, która podczas wojny z ISIS pełniła rolę koszar wojsk kurdyjskiej Peshmergi. Dopiero na początku ubiegłego roku pierwsze rodziny zaczęły powracać i odbudowywać swoje domy. Moje pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Na obrzeżach nadal można dostrzec ostrzelane przez karabiny i moździerze budynki, żywy pomnik toczącego się tu niegdyś konfliktu. Dalej jest jednak zdecydowanie lepiej. Wokół uprzejmi ludzie, którzy kłaniają się i pozdrawiają. Czyste, zadbane ulice i niespotykany nigdzie indziej spokój jest widoczny w całym mieście. Miejscowość z każdej strony otaczają posterunki wojskowe z żołnierzami strzegącymi bezpieczeństwa. Kiedy rok temu, gdy przekraczaliśmy posterunek prowadzący do miasta zniszczenia były widoczne na każdym kroku. Wtedy do Teleskuff wróciło około dwustu rodzin. Dziś jest ich ponad dziewięćset.   To jedna z niewielu miejscowości, gdzie na prawdę widać różnicę. Choć kilka budynków jest zniszczonych i czeka je rozbiórka, miasto powraca do dawnej świetności. Wewnątrz miasteczka życie toczy się wolnym, wręcz ospałym tempem, głównie ze względu na panującą temperaturę. W tej miejscowości naszym głównym zadaniem było rozeznanie w sytuacji oraz sprawdzenie potrzeb mieszkańców. Kilku rodzinom pomogliśmy tutaj stanąć na nogi, za co lokalni liderzy byli nam bardzo wdzięczni. Prośby mieszkańców nie są wygórowane. Ich jedyną bolączką jest brak opieki medycznej. Najbliższy szpital jest w Duhok, oddalonym od Teleskuff o ponad godzinę jazdy. Do drugiego, w Mosulu niedawno zamknięto drogę. Nikt nie chciał podać powodu, a ja nie dopytywałem. Niektóre tematy są trudne do zrozumienia dla obcych. Wieczorem sygnał Messengera zabrzmiał kilkukrotnie. Nasi jazydzcy przyjaciele wysłali nam zdjęcia z tragedii jaka rozegrała się w obozie dla przesiedleńców w Khanke, który niedawno opuściliśmy. W wyniku awarii instalacji elektrycznej zapalił się...