[Bliski Punkt Widzenia] Jak pomagać, aby nie szkodzić?

6 grudnia 2020 | Bliski Punkt Widzenia

Praktycznie w każdym z nas kryje się dobro, które prędzej, czy później, w jakiś sposób się ujawnia. Tylko nieliczne jednostki czerpią satysfakcję z ludzkiej krzywdy, co z reguły wiąże się z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi.

Czasem za serce chwyci nas cierpienie chorego dziecka, czasami jesteśmy pod wrażeniem czyjeś odwagi. Niemal codziennie w mediach pojawiają się historie, z którymi możemy się utożsamiać, i które wyzwalają w nas potrzebę pomocy w tym konkretnym przypadku. Są ludzie, którym łza kręci się w oku na widok udręczonego zwierzęcia. Nie mam zamiaru tworzyć hierarchii i oceniać, czy jakiś przypadek powinien mieć pierwszeństwo nad innym. To indywidualna ocena każdego człowieka. Mamy różny poziom wrażliwości i własny system wartości, którego tworzenie jest procesem bardzo złożonym. Chciałbym natomiast przeanalizować drogę od impulsu, który skłania nas do podjęcia działań, do skutków, jakie one przynoszą. Primum non nocere (po pierwsze nie szkodzić) to nie tylko jedna z zasad przyjętych w medycynie, ale też ważna reguła, o której trzeba pamiętać, chcąc komuś faktycznie pomóc. Odniosę się głównie do działań humanitarnych, ale nie tylko tych, które sami realizujemy, ale też takich, które są mi znane.

Pewnie wiele osób zada spytanie: Jakież to mogą być złe skutki pomagania? W jaki sposób udzielając wsparcia, można jednocześnie komuś zaszkodzić? W wielu przypadkach człowiek, do którego wyciągniemy rękę, gdy ten jest w potrzebie, ucieszy się, że ktoś pochylił się nad jego losem. Pewnie będzie też wdzięczny, a my poczujemy satysfakcję ze zrobienia dobrego uczynku. Myślę, że nie będzie w tym nic złego. Chętniej powtarzamy coś, co wiąże się z miłymi odczuciami, niż to, z czym mamy złe wspomnienia. Dotyczy to w równym stopniu darczyńców, jak też i osób, które tej pomocy udzielają bezpośrednio. Pomagamy najczęściej pod wpływem emocji, rzadko zastanawiając się nad tym, jak złożony może być problem. Oczywiście pomijam tutaj jednoznaczne i delikatne sprawy, jakimi są prośby o wsparcie
w kosztownym leczeniu, czy terapii. W takich przypadkach pojawia się inny problem, ale o nim napiszę pod koniec. Chciałbym omówić zagadnienie, jakim jest uzależnianie od pomocy.

Pomagając można zaszkodzić?

Trzeba jasno rozgraniczyć uzależnienie od pomocy od świadomego czerpania z niej korzyści. To dwie różne sprawy. Są ludzie, którzy postanowili zrobić sobie dochodowy biznes z żerowania na dobroci innych. Swego czasu istniały w Polsce zorganizowane grupy, wykorzystujące kobiety i dzieci do żebrania. Pewnie każdy z nas spotkał się z tym zjawiskiem. Pisząc o uzależnieniu, mam na myśli sytuację, w której osoba, społeczność, czy nawet cały kraj, zdane są na działanie strony trzeciej, aby w ogóle móc funkcjonować. Fakt, że często celowo doprowadza się do takiego stanu, obserwujemy np. w krajach postkolonialnych. W ten sposób mocarstwa ugruntowują swoją hegemonię w różnych regionach świata. Są to oczywiście działania globalne, na które szary człowiek nie ma wpływu. Warto jednak mieć świadomość, że najczęściej problemy społeczne, czy gospodarcze wielu krajów, są efektem wpływania różnorakich sił na ich politykę wewnętrzną.

Zostawmy jednak temat geopolityki i skupmy się na ekonomii. Uzależnić kogoś od pomocy można nie tylko oferując mu dobra za darmo, ale też stwarzając warunki (nawet nieumyślnie) uniemożliwiające jego rozwój i samokształcenie. Czasem jest to skutek zdarzeń wywołanych przez czynniki niezależne, jak klęski żywiołowe, ale najczęściej dzieje się tak w konsekwencji wojen i terroryzmu. Ten ostatni oprócz osiągania celów politycznych, ma wywołać strach, a niejednokrotnie również kryzys ekonomiczny, który dotyka rodziny poszkodowanych. W Iraku terroryści z ISIS mordowali mężczyzn, którzy byli głowami rodziny, aby kobiety miały problem z utrzymaniem siebie i dzieci. Bez odpowiedniej edukacji, nigdy nie będą w stanie normalnie pracować i zarabiać. Ludzie, którzy w ciągu chwili stracili wszystko, muszą otrzymać zewnętrzną pomoc. Niestety często jest ona nietrafiona i nastawiona na coś, co nazywa się odzyskiem pomocy humanitarnej.

Miliony, które wracają

Jeśli nie słyszeliście o tym zjawisku, to spieszę z wyjaśnieniami. Niektóre kraje, szczególnie te bogate i dobrze rozwinięte, przeznaczają spore kwoty na pomoc humanitarną na całym świecie. Nie ma to jednak wiele wspólnego z altruizmem, a raczej jest przemyślaną strategią z pogranicza ekonomii i marketingu. Nie dość, że są one postrzegane, jako liderzy pomocy potrzebującym, to przy okazji realizują własne cele. W wielu miejscach po zakończeniu konfliktu, jak grzyby po deszczu pojawiają się marki, związane z krajem, który przeznaczył spore sumy na pomoc humanitarną. Swoiste przejmowanie rynku nie jest przypadkowe i nie dzieje się samoistnie. Na terenach, które ucierpiały, natychmiast pojawiają się doradcy i firmy, które koordynują ich odbudowę. Często bywa tak, że z milionów przeznaczonych na pomoc, zatrudnia się fachowców z kraju darczyńcy, a jego własne produkty transportowane są na miejsce działań, z całkowitym pominięciem lokalnego rynku. Jeśli państwo A chce odbudować szpital w państwie B, to najczęściej projekt, inżynierowie, materiały oraz technologia, pochodzą właśnie z kraju, który zaoferował pomoc. Przy dobrych wiatrach zatrudnia się lokalnych pracowników w charakterze siły roboczej, choć to też nie jest regułą. W ten sposób projekt opiewający na 10 milionów przynosi kilkadziesiąt procent zwrotu w postaci wsparcia własnego rynku. Nie ma znaczenia, że ten sam projekt mógłby stworzyć inżynier, który nie ma pracy, a sprzedawcy i hurtownicy, z kraju będącego beneficjentem pomocy, mogliby utrzymać swoje rodziny. Nie raz wyszłoby też dużo taniej, bo koszty transportu bywają ogromne.

Znów mogę czuć się jak człowiek

Odzysk pomocy to tylko jeden ze szkodliwych mechanizmów, a jest ich znacznie więcej. Często działania humanitarne są źle zaplanowane. Przykładem może być projekt, który na własne oczy widziałem w Iraku. Jedna z organizacji wybudowała toalety i prysznice dla mieszkańców dzikiego obozowiska w Khanke. Pomysł wydawałby się świetny, bo przecież w namiotach nie ma instalacji wodno – kanalizacyjnej, a ludzie muszą utrzymywać higienę. Nowiutkie prysznice, zbudowane z płyty warstwowej, przestały działać równie szybko, jak powstały. W założeniach projektu pomyślano o wszystkim, ale zapomniano, że głównym elementem jego funkcjonowania, jest… woda. Tej zabrakło już po kilku dniach, co sprawiło, że konstrukcja stała się bezużyteczna. Dodam, że w Iraku woda jest towarem deficytowym i za dostarczenie jej do pryszniców, ktoś musiałby zapłacić. Tego w projekcie nie przewidziano. Po kilku miesiącach nadeszła zima i część rodzin zdecydowała się w nich zamieszkać. Płyta warstwowa chroni przed zimnem lepiej niż namiot, więc mimo oporów, ludzie wprowadzili się do pustych pomieszczeń. Te kilka rodzin mieszka tam do dziś.

Turystyka pomocowa

Są też i inne, mniejsze bądź większe błędy w sposobie pomagania, z których na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Poniższe przykłady nie dotyczą już wyłącznie dużych organizacji, ale też postaw pojedynczych osób. Spotykamy się z nimi głównie w naszej części świata, którą często nazywamy cywilizacją zachodnią. Turystyka pomocowa powstała całkiem niedawno. Uprawiają ją najczęściej młodzi ludzi, którzy zamiast zwyczajnych wakacji, chcą przeżyć przygodę i w swoim opacznym rozumieniu, pomóc ludziom z krajów tzw. Trzeciego Świata. Istnieją wyspecjalizowane biura podróży, które oferują wyjazdy w najdalsze zakątki globu, gdzie nawet bez większego przygotowania można wcielić się w rolę nauczyciela, opiekuna, czy wychowawcy dzieci z ubogich rodzin. Są też wyjazdy w celu ratowania dzikich gatunków zwierząt, lasów, czy czego tylko zapragniecie. Nie mają one nic wspólnego z faktyczną pomocą, a ich nadrzędnym zadaniem jest spełnienie oczekiwań klienta. To oczywiście skrajne przypadki, ale jest ich coraz więcej. Do nas do fundacji również zgłaszają się osoby, które chciałyby z nami pojechać, bo uważają, że posiadają odpowiednie kompetencje, aby działać na miejscu. Na pytanie, co dokładnie chcieliby tam robić, z reguły nie potrafią odpowiedzieć. Jest chęć wyjazdu i zobaczenia innego świata, ale nie ma zbytnio pomysłu, jakie korzyści miałyby z tego płynąć. Już wiele razy powtarzaliśmy, że wszelkie projekty, które realizujemy, wykonujemy rękami naszych lokalnych współpracowników.

Oczywiście za każdym razem cierpliwie tłumaczymy, jak wygląda cały proces pomocy humanitarnej. Z czym wiąże się wyjazd i jakie są nasze oczekiwania, bo zabierając kogoś ze sobą mamy ich całkiem sporo. Pomyślcie, co czulibyście na miejscu lekarza, który mieszka wraz z rodziną w obozie dla przesiedleńców, nie mając pracy, ani grosza przy duszy, widząc lekarza z Niemiec, czy Francji, który właśnie przyjechał leczyć Wasze dzieci. Często za pensję, która starczyłaby Wam na kilka miesięcy. Na domiar złego jest mu potrzebny tłumacz, bo nie zna ani słowa w Waszym języku. Podobnie będą się czuli: nauczycielka, inżynier, czy budowlaniec, patrząc na własną rodzinę, której nie mają za co wyżywić.

Podobnie ma się sprawa z darami rzeczowymi, które bez problemu można kupić i rozdysponować na miejscu. Żywność i ubrania przylatujące z Europy, rozdawane są obozach dla uchodźców, małych wioskach i miasteczkach na wielu kontynentach. Lokalny przemysł nie może konkurować z darmową pomocą. Upadają sklepy i fabryki, a skala zapaści ekonomicznej, powiększa się coraz bardziej. Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie chętnie przekazują ubrania i jedzenie organizacjom charytatywnym, ale sens wożenia ich na drugi koniec świata jest przynajmniej wątpliwy. Lepiej jest wspierać miejscową gospodarkę, bo jej rekonwalescencja w dłuższym okresie doprowadzi do poprawy ogólnej sytuacji. Niestety trudno jest się w takim przypadku pochwalić słupkami pokazującymi statystyki, a to one dla wielu stanowią podstawę skuteczności. Znacznie ładniej wygląda wykres pokazujący, że udało się pomóc 10 tysiącom osób (rozdając każdemu po czapce) niż pokazać zdjęcie jednej rodziny, której dano szansę na nowe życie.

Pomagać, ale z głową

Wszystko, co napisałem powyżej, odnosi się głównie do organizacji humanitarnych, działających w regionach dotkniętych konfliktami zbrojnymi lub klęskami żywiołowymi. Chcąc pomóc swoim sąsiadom, krewnym, czy nawet obcym ludziom, tu na miejscu, pewnie nie będziemy przeprowadzać takiej analizy. Najczęściej nie mamy możliwości, aby dać pracę komuś, kto prosi nas o wsparcie. Nie jesteśmy w stanie zapewnić rozwoju człowiekowi, który mógłby sam poprawić swój byt, tylko potrzebuje do tego odpowiednich kwalifikacji. Możemy jednak weryfikować, na co idą pieniądze, które kierujemy na wybrany przez nas cel. Wspomniałem o tym na początku, bo chciałbym, aby w naszym kraju rozwinęła się kultura świadomego i skutecznego pomagania. Z własnego doświadczenia wiem, że działanie na rzecz innych jest przywilejem i ogromną odpowiedzialnością. Wiele prowadzonych zbiórek można sprawdzić w internecie. Niedawno założyłem jedną na portalu zrzutka.pl (link poniżej). Podobną do tej, która od ponad 2 lat funkcjonuje na siepomaga.pl. Celem obu jest zebranie środków na wsparcie ośrodka edukacyjnego OurBridge w Khanke. Chciałem sprawdzić, czy sięgnięcie do innego źródła, przyniesie podobne korzyści. Żeby założyć tę zrzutkę, musiałem przejść szczegółowy proces weryfikacyjny, przesłać skany dokumentów, wpisy z KRS-u i tym podobne. Identycznie sprawa wygląda w przypadku zbiórki publicznej, czyli klasycznym zbieraniu pieniędzy do puszek. Tę również musimy mieć zarejestrowaną (i rozliczaną na początku każdego roku), aby w pełni legalnie stanąć przed Wami i prosić o wsparcie dla ofiar terroryzmu. Na dole znajdziecie link, który prowadzi do portalu, w którym zarejestrowana jest każda zbiórka publiczna w Polsce. Sprawdzajcie takie rzeczy. To bardzo proste, a pozwala Wam rozsądnie i odpowiedzialnie pomagać innym.

 

Tu można sprawdzić zbiórkę publiczną: http://zbiorki.gov.pl/zbiorki/index

Zrzutka na wsparcie ośrodka edukacyjnego OurBridge

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij

Podziel się tym z innymi