fbpx

[Bliski Punkt Widzenia] Miejsce urodzenia: Obóz dla przesiedleńców

21 sierpnia 2021 | Edukacja, Elektryfikacja, Orla Straż w Iraku

Poniższy artykuł chciałbym poświęcić zagadnieniu, o którym wspomina się niezmiernie rzadko, a jest on poważnym problemem, który dotyka tysięcy dzieci, mieszkających obozach dla przesiedleńców.

Niedawno na Facebooku obejrzałem krótki fragment reportażu, w którym dziennikarz zadawał kilka pytań jezydzkiemu chłopcu. Dzieciak miał około 5-6 lat. Mężczyzna pytał go m.in. o to, czy był już w Sindżarze, czyli regionie, z którego uciekli jego rodzice. Chłopiec odpowiedział, że jeszcze nie, ale widać, że miał świadomość tego, skąd pochodzi. Potem padło pytanie, gdzie się urodził? Chłopczyk rozejrzał się wokół i odparł – tu w obozie. Zmusiło mnie to do pochylenia się nad tematem, bo uważam, że trzeba się z nim zmierzyć.

Jak to jest urodzić się w obozie? Trudno mi sobie nawet wyobrazić utożsamianie się z miejscem, w którym po horyzont widać namioty, gęsto rozłożone na ogromnej równinie. Niewiele tu przestrzeni do zabawy, czy tworzenia własnych ścieżek. Place zabaw to fikcja. Np. w Khanke są dwa, w pobliżu bramy obozowej, a przecież mieszka tam kilka tysięcy dzieci. Bawić można się na obrzeżach, choć tam spływają nieczystości z całego obozowiska. Musi być niezmiernie ciężko nazwać takie miejsce domem.

Jak wygląda obóz od środka?

Żeby lepiej zobrazować, jak wygląda obóz dla przesiedleńców, postaram się zrobić opis na podstawie tego, który znam najlepiej. Zresztą praktycznie wszystkie wyglądają tak samo, a przynajmniej ich struktura jest zbliżona. Khanke odwiedzam za każdym razem, kiedy jestem w Iraku. Tam mieszka rodzina Khalafa i Shamoo, którzy zawsze goszczą nas u siebie. Tam też jest ośrodek edukacyjny OurBridge, który wspieramy już czwarty rok.

Miasteczko stało się w 2014 roku azylem dla dziesiątek tysięcy ludzi, którzy uciekali przed zbrodniami ISIS. Po wydostaniu się z Sindżaru ruszyli szlakiem w kierunku irackiego Kurdystanu. W pewnym momencie do Khanke przybyło nawet 80 tysięcy ludzi. Zanim powstał obóz, spali w prowizorycznych schronieniach lub wręcz na ulicy. Przez kilka tygodni całe rodziny koczowały pod gołym niebem. Potem część z nich zamieszkała w obozie w Khanke, a inni zostali przetransportowani do sąsiednich miejscowości.

Każdy z obozów ogrodzony jest wysokim płotem. Nie można oprzeć się wrażeniu, że wygląda to trochę, jak więzienie. Całości takiego obrazu dopełnia budka strażnicza z żołnierzem na warcie przy głównej bramie wjazdowej. W Kabarto i Shariyi takie „zabezpieczenia” miały służyć oddzieleniu Jezydów i muzułmanów, którzy znaleźli się w jednym obozie. Chodziło o to, aby niesnaski, po świeżej tragedii nie doprowadziły do samosądów i napięć. Muzułmańscy sąsiedzi byli często pierwszymi, którzy atakowali Jezydów w Sindżarze. Sytuacja była bardzo gorąca i nie ma się czemu dziwić, bo każdy miał w tamtym momencie ogromny żal w sercu po stracie córek, synów, żon, czy matek. Dopiero starszyzna jezydzka ostudziła gniew młodych chłopaków, którzy usłuchali tych poleceń. W Khanke nie było takiego problemu, ponieważ byli tam sami Jezydzi. Po co więc ogrodzenie? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

Dalej obóz podzielony jest na sektory. W każdym z nich rozstawiono po kilkaset namiotów ustawionych przy alejkach, tworzących sieć prostopadle krzyżujących się dróg. Niedaleko wejścia jest budynek menedżera obozu, a także punkt medyczny, szkoła oraz toalety. Jest też placyk, który ma być namiastką placu zabaw dla dzieci. Ma jakieś 500 m.kw. powierzchni, czyli mniej więcej tyle, co boisko piłkarskie. W szczytowym momencie w obozie w Khanke mieszkało ponad 20 tysięcy osób, z których nie mniej niż 1/3 stanowiły dzieci. Można więc szacować, że było ich tam 6-7 tysięcy.

Minęło 7 lat i co dalej?

Z początku ten, jak i inne obozy, miały być tymczasowym schronieniem dla ludzi, którzy mieli powrócić do domów najszybciej, jak się da. Mijały tygodnie, miesiące i w końcu lata, a sytuacja nie zmieniała się wiele. Część osób spakowała manatki i wróciła do Sindżaru. Tam zastali zniszczone miasta i wsi, zrujnowane szkoły, brak prądu i problemy z bezpieczeństwem. Nie dalej, jak tydzień temu, centrum miasta Sindżar zostało zbombardowane przez tureckie lotnictwo. O tym jednak nie napisał nikt. Zresztą o wcześniejszych atakach, których celem są jednostki powiązane z PKK (Partia Pracujących Kurdystanu uznawana przez Turcję za organizację terrorystyczną, posiadająca swoje bazy w Sindżarze, przy granicy z Turcją) nie mówi się w ogóle. Nawet o tym, że w nalotach giną cywile.

Jezydzi znaleźli się więc pomiędzy młotem a kowadłem. Trudno im wracać do rodzinnych miejscowości, w których nawarstwienie problemów jest ogromne. Jeszcze ciężej zostać w obozach dla przesiedleńców, w których już rodzi się pokolenie dzieci, uznających te namioty za swoje miejsce urodzenia. Po tak długim czasie pobytu w obozowiskach ludzie mają dosyć. Nie odkładają życia na potem. Starają się ustatkować, zakładają rodziny i próbują stworzyć, choćby iluzję normalności. Trudno jednoznacznie powiedzieć, jaka będzie ich przyszłość. Czy zostaną tu na zawsze i z czasem z obozu zrobi się miasteczko, czy może nadejdzie dzień, w którym ostatnia rodzina wyruszy w drogę do domu, tego prawdziwego? W swoim optymizmie jestem niestety również realistą i wiem, że szansą na tę drugą wersję zakończenia, jest znikoma. Na pewno wszyscy stąd nie odejdą, bo w wielu przypadkach stoi przed nimi zbyt wiele barier. Samotne kobiety z dziećmi, osoby starsze i schorowane mają tutaj większą szansę na przetrwanie. Łatwiejszy dostęp do szkoły czy lekarza oraz jako takie bezpieczeństwo, będą miały decydujący wpływ.

Najbardziej mi żal jednak dzieci. Tych, które wspomnienie rodzinnej miejscowości mają jedynie mgliście przed oczami oraz tych, które nie znają świata poza obozem. Dla nich namioty, sąsiedztwo tysięcy osób wokół, brama i płot, są całym światem. Nie wyobrażają sobie, że można żyć inaczej. Chłopiec z nagrania, o którym pisałem na początku, nie mówił, że urodził się w Khanke. Powiedział, że jest stąd, z obozu. Dla niego to słowo ma inne znaczenie. Nie jest tymczasowym schronieniem, miejscem postoju w drodze do domu. To jego dom.

Tam przecież tak jest

Często słyszałem słowa: „bo tam tak jest”, albo „w Iraku zawsze jest wojna”. Z reguły w takim przypadku odwracam się na pięcie, unikam brnięcia w dyskusję, która już na początku straciła dla mnie jakikolwiek sens. Może nie powinienem tak robić, może zasadne byłoby tłumaczenie wszelkich zawiłości tamtego świata? Ja jednak nie chcę tracić czasu na zaczepki. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że czytelnikami moich artykułów, są ludzie inteligentni, chcący pogłębić swoją wiedzę i otwarci na świat. Zaszczyt to dla mnie i honor. Tutaj powinienem dodać kilka słów ku pokrzepieniu serc i zapalić światełko nadziei. Tyle że chyba trzeba włączyć twardy realizm. Nie zmienimy tego, co poszło już zbyt daleko. Jeszcze 2 – 3 lata temu można było myśleć, że obozy zostaną tylko wspomnieniem tragedii całej społeczności Jezydów z Iraku. Niestety nie zanosi się, aby wszyscy ich mieszkańcy wrócili do domów. Nie ma takiej woli ze strony rządzących w Iraku, ONZ, czy innych sił, które mają pieczę nad regionem. Tu nie chodzi tylko o kwestię odbudowy Sindżaru. Trzeba byłoby jeszcze rozwiązać problem kotła, który powstał w Sindżarze. Obecnie są tam różne frakcje, które nie mają zamiaru ustąpić i odejść.

W Sindżarze jest m.in. irackie wojsko oraz policja, kurdyjska Peshmerga (siły zbrojne irackiego Kurdystanu), służba bezpieczeństwa, szyickie milicje al-Hashd al-Shaabi, jednostki powiązane z PKK, o którym wspominałem wcześniej oraz kilka innych, utworzonych przez Jezydów. Do tego trzeba dodać Turcję, która poluje na swoich kurdyjskich przeciwników i mamy istny węzeł Gordyjski, którego przecięcia, lub rozwiązania nikt nie chce się podjąć. Do tego sytuacja w Afganistanie, która może przelać się na Irak, jak to było już wcześniej, na początku XX wieku. Będzie więc trudno ustabilizować całą tę sytuację, która już teraz jest bardzo skomplikowana. Najgorsze jest to, że cierpią cywile, zwykli ludzie, którzy są zmęczeni tym wszystkim. Jedyną możliwością, jaką mamy, jest próba dania im chwili wytchnienia. Rodzą się i żyją, aby zaznać choć trochę szczęścia. Zapomnijmy o prorokowaniu i szukania dalekosiężnych rozwiązań. Oni są tu i teraz. Czasem słyszę głosy, że znów będzie wojna i ktoś zniszczy to wszystko, co zrobiliśmy. Myślę sobie wtedy: a co z tego? Odbudujemy po raz kolejny. Damy ludziom kolejną szansę, bo sami chcielibyśmy ją otrzymać.

Autor: Dawid Czyż

Wesprzyj naszą misję

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij

Podziel się tym z innymi