Pomoc potrzebna od zaraz

14 października 2019 | Dobra praca, Historie ocalałych, Orla Straż w Iraku, Zwierzęta hodowlane

Zapowiadaną drugą część relacji z wizyty w Iraku rozpocznę od uzupełnienia poprzedniego artykułu.

W kilku słowach opowiem historię jednej z rodzin, która w zeszłym roku otrzymała od nas zwierzęta hodowlane. Gawri i jej dzieci – dwie córki oraz trzech synów – mieszkają w Khanke, w niewielkim domku na obrzeżach miasteczka. Tragiczna opowieść o jej córce Shahad krąży wśród Jazydów, jako symbol cierpienia i rozpaczy. Dziewczyna przez wiele miesięcy była więziona przez terrorystów z ISIS. Pewnego dnia udało jej się uciec z domu, bandyty, który ją przetrzymywał. Była niedożywiona i chora, ale mimo to podjęła próbę dotarcia do domu, do swojego rodzeństwa i mamy. Wiedziała, że niepowodzenie może przypłacić życiem. Po kilku dniach wędrówki dotarła do swoich najbliższych. Spędziła z ukochaną mamą i rodzeństwem jedynie 5 godzin. Skrajnie wycieńczona zmarła w szpitalu.

To jednak nie koniec ich rodzinnego dramatu. Mąż Gawri oraz wielu najbliższych członków rodziny zostało zamordowanych przez ISIS lub nadal nie ma o nich wieści. W praktyce oznacza to, że już nie powrócą do domu. Najstarszy syn kobiety był szkolony przez dżihadystów na terrorystę. Kazano mu czytać Koran, wpajano nienawiść i uczono agresji. Choć jest już w domu z rodziną, to nadal miewa agresywne zachowania wobec młodszego brata i nie potrafi się kontrolować. Takich przypadków jest więcej, ale ten jeden chciałem Wam opowiedzieć.

Ich nie powinno tutaj być.

Oprócz głównego celu tego wyjazdu, o którym wspominałem dwa dni temu, mieliśmy jeszcze kilka innych miejsc do odwiedzenia. Do dwóch z nich już wcześniej dostarczyliśmy pomoc. Pojechaliśmy obejrzeć jej rezultaty, a w Zawita Camp – o którym napiszę za chwilę – również po to, aby ponownie ją zawieźć. Podczas ostatniego pobytu Bartka w Iraku, doktor Krzysztof Błecha (z Fundacji Pomocy Dzieciom w Żywcu) sfinansował zakup środków czystości dla mieszkających tam rodzin. Zostawił też pieniądze na zakup 28 gaśnic służących m.in. do gaszenia instalacji elektrycznych. Pożary namiotów wywołane przegrzaniem oraz ogólnym, kiepskim stanem instalacji są bardzo częste w obozach dla przesiedleńców. Dość przypomnieć sytuację z maja zeszłego roku, kiedy w jednym z nich w Khanke zginęła 17-letnia dziewczyna. W tym roku znów było ich kilka, a w największym spłonęło 19 namiotów.

Ramy, nasze oczy i uszy na miejscu, zabrał nas do sklepu, gdzie kupiliśmy gaśnice. Zapakowaliśmy je do bagażnika i wąską, górską drogą pojechaliśmy do Zawita. Obozowe namioty leżące u stóp góry pokryte są drobny, beżowym pyłem. Po 5 latach ich struktura przypomina w dotyku papier. Odjeżdżając, Ramy powiedział nam, że cała góra, pod którą mieści się obóz Zawita, jest zaminowana. To pamiątka z lat 80-tych, z czasów wojny iracko- irańskiej. W takich warunkach mieszkają dziesiątki dzieci. Gdy zapytaliśmy o możliwość skorzystania z toalety, jeden z mieszkańców obozu zaprowadził nas do plastikowego kontenera, w którym nie było nawet bieżącej wody. To żaden problem dla faceta, gdy chcesz skorzystać z tego miejsca jeden, jedyny raz. Tyle tylko, że w obozie Zawita mieszkają głównie kobiety i dzieci.
Widok tłumu młodych matek ze swoimi kilkuletnimi pociechami był jednym z tych, które zapamiętam na długo. Cieszyłem się, że przywieźliśmy im pomoc. Mam świadomość, jak ważna jest tutaj ochrona przeciwpożarowa i bezpieczeństwo rodzin mieszkających w obozowych namiotach. Jednak po tym, co ujrzałem, było mi najzwyczajniej przykro. Poczułem się winny za sytuację, w której się znaleźli. Nie jako ja osobiście. Jako mieszkaniec Europy, która tak strasznie chce pokazać, że walczy o prawa mniejszości i równość dla każdego. Czy o ich prawa ktoś kiedyś się upomni?

Choć dziennikarzem nie jestem to po dziennikarsku, muszę wspomnieć o szczegółach całej akcji, dostarczania gaśnic. Władze obozu oraz nasz przyjaciel Ramy zorganizowali wszystko wręcz wzorowo. Przyjechali strażacy, którzy przeszkolili rodziny z użycia gaśnic, a każda z rodzin po kolei odbierała sprzęt. Pozostaje mieć nadzieje, że nigdy nie dojdzie do sytuacji, w której ich życie będzie zagrożone i będą musieli ich użyć.

Pomogli innym, teraz sami potrzebowali pomocy.

Przed wizytą w Zawita pojechaliśmy do Avzrouk. To niewielka wioska niedaleko granicy z Syrią, w której w 2014 roku schronienie znalazło 200 uchodźców min. z Sindżaru i Bashiqi. W jedynym kościele w Avzrouk oddano im do użytku hol oraz plebanię, aby mogli mieszkać w godnych warunkach. Mieszkańcy przyjęli też wiele rodzin pod swój dach i przez ponad 3 lata traktowali jak najbliższych. Gdy ich miasta zostały wyzwolone i nastała taka możliwość, przesiedleńcy wrócili do swoich domów. Generator, który jest jedynym źródłem prądu dla całej miejscowości, był bardzo obciążony przez te 3 lata i kilka miesięcy temu uległ awarii.

O tej dzielnej postawie mieszkańców Avzrouk oraz ich problemie, dowiedzieliśmy się od jednego z naszych przyjaciół. Nieśmiało zapytał, czy byłaby możliwość pomocy z naszej strony. Jakiś czas zbieraliśmy pieniądze, aż w końcu udało się uskładać potrzebną kwotę. Generator został naprawiony, a mieszkańcy otrzymali tym samym podziękowanie za swoją ofiarną pomoc innym. Nie obyło się bez zaproszenia nas na obiad, z którego z chęcią skorzystaliśmy.

Podaj dłoń i pomóż wstać z kolan.

Odwiedziliśmy również kilka innych miejsc, w których nasza cegiełka pozwoliła ludziom rozwinąć skrzydła. Pierwszym z nich był sklep papierniczy w Duhok. Trudno mi jednoznacznie skategoryzować to miejsce, ponieważ oprócz książek, zeszytów, mazaków, czy kredek są tam także akcesoria do telefonów, ładowarki i tego typu rzeczy. To taki kiosk tyle, że mieszczący się w stacjonarnym budynku. Wygląda rewelacyjnie, co zresztą sami możecie zobaczyć na zdjęciach.

Niewielkie pomieszczenie wypełnione jest wszelkiego rodzaju artykułami. Jego właściciel sam zaprojektował i wykonał drewniane półki, na których można znaleźć wiele użytecznych drobiazgów. Widać, że jest bardzo zdolnym człowiekiem i na pewno sobie znakomicie poradzi.

Kolejnym miejscem był obóz Kabarto. Mieszkający w nim Faroq napisał do nas kilka miesięcy temu z prośbą o pomoc w otwarciu małego sklepiku. W sierpniu odwiedził go Bartek. Kilka dni temu ja też złożyłem mu wizytę. Jego tragiczną historię opisywałem krótko w kwietniu, kiedy powstawał sklep (czytaj). Ma dwóch wspaniałych synów, którym chciałby zapewnić lepszą przyszłość.

Na koniec chciałbym poświęcić kilka zdań ludziom, o których mało opowiadamy. Znacie nas, wiecie, kim jesteśmy. Z wieloma z Was spotkaliśmy się osobiście przy okazji różnych spotkań i zbiórek. Z relacji, które publikujemy, możecie poznać osoby, którym pomagamy. Widzicie ich twarze na zdjęciach, czytacie ich historię. Niewiele jednak wiecie o ludziach, którzy pomagają. O fundacjach, organizacjach i wolontariuszach, z którymi współpracujemy na miejscu. Im chcę poświęcić następny artykuł. Dziś wspomnę tylko o jednej sytuacji.
Czasem jest tak, że wieczorem siadamy z naszymi przyjaciółmi z Iraku do kolacji, herbaty, nie ukrywam, że czasem do czegoś mocniejszego. Z reguły śpimy w ich domach, więc jesteśmy gośćmi, a oni podejmują nas wszystkim, co mają. My opowiadamy im o Polsce, o naszej kulturze, naszych rodzinach, oni nam o sobie, swoich radościach i troskach. Jednego wieczora Shamo zabrał nas do małego ogrodu, niedaleko obozu w Khanke. To taka ich lokalna knajpa. Prosty namiot, kilka stolików i krzeseł oraz lampka nad głową, stanowiły cały wystrój tego miejsca. Byli tam jego koledzy. Żaden nie miał skończonych 30 lat. Mówili bardzo dobrze po angielsku. Jeden pracuje w szpitalu, jako pielęgniarz, drugi jest żołnierzem, a trzeci nauczycielem. Byliśmy w grupie przyjaciół. Śmialiśmy się, opowiadaliśmy zabawne historie. Coś całkowicie innego od tego świata, w którym byłem kilka godzin wcześniej. Pytałem ich o plany, o marzenia. Z ust tych młodych ludzi usłyszałem, jedynie troskę o swoich bliskich. Nie o siebie, ale o całą społeczność. Powiedzieli, że wiedzą, że czeka ich kolejne ludobójstwo. Pytanie jest tylko, kiedy. Za 5, 10, 15 lat. W świetle tego, co dzieje się obecnie w Syrii, mam prawo zakładać, że gdy kolejny raz islamiści przyjdą ich mordować, świat znów odwróci wzrok.

Zobacz również:

Nie możemy pomóc każdemu, ale każdy może pomóc komuś.

To mój szósty wyjazd, który jednocześnie utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze bardzo mało widziałem. Każdy kolejny raz, niesie masę nowych przemyśleń i inne spojrzenie na wszystko dookoła. Nie jesteśmy w stanie pomóc każdemu, kto jest w trudnej sytuacji, ale zawsze możemy zrobić coś dla kogoś. Przynajmniej powinniśmy spróbować.

Z WODY W PIACH odc. 6 Shamo

Dzisiejszy odcinek jest wyjątkowy. Zamiast Bartka zobaczycie Shamoo – wolontariusza fundacji Shengal Charity Organization, z którą współpracujemy już od ponad 2 lat.

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij

Podziel się tym z przyjaciółmi!