Warto im pomagać – Podsumowanie wyjazdu do Iraku

4 czerwca 2018 | Orla Straż w Iraku

Plan podróży zakładał cztery większe przystanki. W Khanke, w którym mieliśmy sprawdzić sytuację jazydzkich przesiedleńców, w Teleskuff – chrześcijańskim miasteczku przy granicy Iraku i Kurdystanu oraz Duhok i Erbilu. W dwóch ostatnich naszym głównym zadaniem było odbycie kilku spotkań z organizacjami, z którymi współpracujemy.

Jak zwykle przy wyjazdach do Iraku plan był tylko ogólnym zarysem. Miałem świadomość, że na miejscu sytuacja wszystko zweryfikuje. Przeczucie mnie nie myliło. Pożar w Khanke zmusił nas do natychmiastowej reakcji i zmiany założeń podróży, ale po kolei…

Gdy tylko dotarliśmy na lotnisko w Erbilu, na miejscu już czekali na nas Dakhil i Laith.

Z uśmiechem na twarzy wyściskali nas jak najbliższych przyjaciół i mimo późnej pory za punkt honoru postawili sobie znaleźć miejsce, gdzie będziemy mogli coś zjeść po dosyć długiej podróży. Obaj współpracują z nami przy projektach w Khanke i muszę przyznać, są właściwymi ludźmi.

Po dotarciu na miejsce pozwoliliśmy sobie na dwugodzinną drzemkę i skoro świt ruszyliśmy do pierwszego punktu naszej wyprawy – ośrodka Ourbridge. Nie będę się rozpisywał na temat ośrodka. Część informacji możecie znaleźć w podanym linku (zobacz: Orla Straż współfinansowała zakup autobusu szkolnego dla dzieci w Khanke).

Widok, jaki tam zastaliśmy naładował nasze baterie i pozwolił zapomnieć o zmęczeniu. Ponad 250 dzieci i wdów wyzwolonych z rąk ISIS, codziennie uczy się tutaj i miło spędza czas.

Plan zajęć dla dzieciaków dzieli się na dwie części – poranną i popołudniową. Są zajęcia plastyczne, lekcje matematyki, biologii i języka angielskiego. Kobiety uczą się szycia i tworzą drobne rękodzieła. Wypytaliśmy nauczycieli i wychowawców o pracę oraz potrzeby ośrodka i bez wątpliwości, chórem stwierdziliśmy, że to miejsce jest doskonałym przykładem pomocy ofiarom terrorystów. Wojtek – nasz operator – biegał z kamerą, zdobywając cenne materiały, które mam nadzieję, już niebawem będziemy mogli Wam zaprezentować.

Dużo gorzej wyglądała sytuacja w obozie, do którego pojechaliśmy prosto z ośrodka. Tu nadal ludzie żyją w skrajnych warunkach.

Fatalny poziom opieki zdrowotnej, zaplecza sanitarnego i jak się później okazało, instalacji elektrycznej. Na pocieszenie odwiedziliśmy kilka rodzin, które w ramach projektu „Dobra praca” wsparliśmy w otwarciu własnej działalności. Ten obóz wygląda jak rozległe miasteczko namiotowe, z tą różnicą, że te namioty służą jego mieszkańcom za domy.

Mieszkają tu od prawie czterech lat i na horyzoncie nie widać zmiany tej sytuacji. Muszą jednak jakoś dawać sobie radę, a w tym ma pomóc nasze wspieranie ich uniezależniania od zewnętrznej pomocy.

Z kamerą sprawdziliśmy, jak funkcjonuje sklep wielobranżowy, zakład szewski i salonik z sukniami.

Ten ostatni prowadzi młoda, osiemnastoletnia dziewczyna, która przeżyła niewolę terrorystów islamskich. Jeśli chcecie zapytać po co w środku obozu dla przesiedleńców salonik z sukniami, już Wam odpowiadam.

Przez cztery lata jego mieszkańcy nauczyli się, że życie toczy się dalej, a z powodu braku innych perspektyw trzeba przygotować się na przyjście lepszych dni. Oni wierzą, że i takie dla nich nastaną. Pobierają się, zakładają rodziny, a nowe pokolenie rodzi się w obozowych namiotach. Tak wygląda ich rzeczywistość.

Nie był to łatwy widok, bo mijane przez nas dziecięce twarze, zasępione oblicza starców i samotnych kobiet mówiły bardzo wiele na temat tego, jak bardzo chcą już wrócić do normalnego życia.

Przed nami był jeszcze jeden obóz, nazywany „dzikim obozem” ze względu na swój statut. Tu nie docierają światowe organizacje, nie ma kamer ani zainteresowania ze strony fundacji charytatywnych. Ludzie żyją z dala od bram regularnego obozu, zdani tylko na siebie. Podczas wizytacji tego miejsca otacza nas wianuszek mieszkańców, proszących o wsparcie w choćby prozaicznych sytuacjach. Młody chłopak podchodzi do mnie i Dakhila, który oprowadza nas po tym miejscu, aby poprosić o drobną pomoc. Jest uczniem szkoły średniej i niedługo ma egzaminy. Nieśmiało pyta, czy jest szansa, by dać mu kilka dolarów na dojazd do szkoły w Duhok, gdzie będzie mógł go napisać (egzamin) i uzyskać promocję na studia. To jego marzenie.

Tak wygląda życie w zapomnianym miejscu. Dostajemy na przemian dawkę pozytywnych emocji, przeplataną smutkiem i namacalnymi, tak prostymi, potrzebami. Kolejny dzień spędzamy w podobny sposób, z tym, że skrupulatnie dokumentujemy wszystko, co zastaliśmy. Musimy przecież przekazać informacje, w jak najbardziej szczegółowy sposób.

Z Khanke udajemy się do Teleskuff, gdzie ponad rok temu zastaliśmy podnoszącą się z kolan społeczność.

Dziś widok jest zgoła inny. Ludzie uśmiechają się, są życzliwi, a miasteczko wygląda na całkiem zadbane. Co prawda wiele budynków jest zniszczonych lub uszkodzonych, ale widać, że idzie ku lepszemu.

Te z budynków, które dało się odbudować, są już w finalnej fazie wykończenia. Te nie nadające się do zamieszkania przeznaczono do rozbiórki. Przy okazji odwiedzamy też budowę współfinansowanej przez nas świetlicy dla harcerzy w Alkusz. W przyszłości ma tam powstać drużyna harcerska pomagająca lokalnej społeczności i propagująca kulturę asyryjską.

Jak pisałem prawie dwa tygodnie temu, gdy byliśmy na miejscu, okazało się, że największą bolączką jest brak przychodni.

Podobno gdzieś w mieście przyjmuje dwóch lekarzy, jednak nie udało nam się zobaczyć, w jakich warunkach leczy się ponad 900 rodzin, które tu mieszkają. W rozmowie dowiedziałem się, że nie jest to dostateczny poziom, a większość mieszkańców musi jechać do lekarza, do oddalonego o ponad 60 km Duhok. Drugiego dnia wieczorem dostajemy wiadomość o pożarze w obozie w Khanke. Znamy szczegóły. Nie są one optymistyczne. Pakujemy się i organizujemy transport na rano, następnego dnia.

Całości tego, co się wydarzyło w obozie w Khanke i jak wyglądała nasza pomoc, nie będę opisywał. Możecie o tym przeczytać w jednym z poprzednich postów (zobacz: Wizyta w Teleskuff i niespodziewany powrót do Khanke). Dodam tylko tyle, że nasze nastroje nie były bardzo optymistyczne. W pożarze zginęła młoda dziewczyna, a ludzie stracili wszystko, co mieli. Cieszymy się jednak, że mogliśmy pomóc, a dziś już wiem, że udało się odbudować spalone namioty i postawić w ich miejsce murowane domki.

W dalszą drogę ruszyliśmy już z Ramym – kolejnym naszym przyjacielem, który realizuje na miejscu projekty, takie jak np. otwieranie działalności dla rodzin powracających do swych domów.

Dzięki jego pomocy udało nam się zdążyć na kolejne spotkania, na których omawialiśmy już zrealizowane oraz przyszłe projekty, jakie mamy nadzieję wykonać. Odwiedziliśmy centrum onkologiczne w Duhok – chyba jedyną taką placówkę w ponad półmilionowym mieście. Oddział jest zadbany i standardami zbliżony do podobnych tego typu w Polsce. Brakuje jednak aparatów do RTG, USG i innych, znacząco poprawiających diagnostykę i leczenie w ciężkich przypadkach.

Ta część naszego wyjazdu zakończyła się sukcesem i masą nowych informacji na temat życia wspieranych przez nas osób. Dało nam też pełen obraz obecnej sytuacji oraz przekonanie, że naprawdę warto im pomagać.
Droga powrotna przebiegała bez większych komplikacji i w piątek rano dotarliśmy do domów.

Zobacz również:

„Dziękujemy Orlej Straży, dziękujemy Polakom” – raport z wyjazdu do Iraku

Cytowane w temacie tego posta słowa słyszeliśmy wczoraj i dzisiaj dziesiątki razy. Nie po wdzięczność jednak tu przyjechaliśmy. Naszym zadaniem jest dokumentacja wszystkich naszych dotychczasowych działań wspierających ofiary terroryzmu w Iraku.

Wizyta w Teleskuff i niespodziewany powrót do Khanke

Po opuszczeniu Khanke pojechaliśmy do chrześcijańskiej miejscowości Teleskuff, która podczas wojny z ISIS pełniła rolę koszar wojsk kurdyjskiej Peshmergi. Dopiero na początku ubiegłego roku pierwsze rodziny zaczęły powracać i odbudowywać swoje domy.

Pin It on Pinterest

Share This

Udostępnij

Podziel się tym z przyjaciółmi!